Przejdź do głównej zawartości

Makaron z cebulowym sosem czyli pasta alla genovese

Przepis króluje w Neapolu prawdopodobnie od 15-16 wieku. Jest kilka hipotez, co do jego powstania i pochodzenia nazwy. Skąd w Neapolu przepis o nazwie, która kojarzy się raczej z miastem położonym na północy Włoch? Jedna z teorii mówi o tym, że przepis faktycznie przywędrował wraz z kucharzami z Genui. Oba wspomniane miasta stanowiły 2 największe włoskie, współpracujące ze sobą porty. Możemy zatem wyobrazić sobie, że oba te miejsca miały na siebie nawzajem spory wpływ, także pod względem kultury kulinarnej. Inne źródła mówią, że przepis przywędrował nie z Genui a z Genewy, a jeszcze inne, że został stworzony przez kucharza, z krwi i kości neapolitańczyka, którego zwano "o Genoves". Tak czy siak, ten aromatyczny, swego rodzaju sos stał się jedną z najbardziej charakterystycznych potraw regionu Kampania i z całą pewnością każdy, kto odwiedza tę część Italii, powinien choć raz go spróbować. Jest to danie, które porównać można do naszego rosołu, czy bigosu. Wersji przepisu możecie znaleźć wiele, łączy je jednak to, że potrawa zawsze przygotowywana jest przez wiele godzin i z ogromnym namaszczeniem. To danie na niedzielny obiad, specjalną okazję. I choć faktycznie wymaga kilku godzin gotowania- to naprawdę warto ten czas poświęcić.

P.S. Nie mylić z zielonym pesto alla genovese :)


Na około 6 porcji przygotujcie następujące składniki:
  • 700-800 g makaronu, ziti, penne, lub rigatoni
  • 800 g - 1 kg wołowiny, ja użyłam łopatki
  • 1,5 kg białej cebuli
  • 100 ml wina, najlepiej typu Marsala, jednak ciężko go dostać. Użyłam dobrego białego wina
  • dwie marchewki
  • kawałek selera, może być korzeń, lecz lepiej jedna nieduża łodyga selera naciowego
  • olej
  • sól i pieprz
  • starty ser pecorino do posypania gotowego dania
Mięso kroimy w dość spore kawałki, potrawę gotujemy około 3-4 h, więc nie bójcie się, wołowina nie będzie twarda. Cebulę kroimy w pióra, Pamiętajcie, że łatwiej ją obrać, jeśli przekroimy na pół, wzdłuż, i zaczniemy ściągać jej wierzchnią warstwę od góry. Marchewkę i selera oczyszczamy, kroimy w dość drobną kosteczkę.
Do garnka, najlepiej z grubym dnem, wlewamy olej, około 1/3 szklanki. Podgrzewamy, a następnie podsmażamy na nim mięso, by lekko zrumieniło się z każdej strony.
Następnie wrzucamy warzywa, podsmażamy chwilę.
Wlewamy wino i gotujemy około 10 minut, by cały alkohol odparował.
Dokładamy cebulę, lekko solimy i pieprzymy, zmniejszamy ogień, przykrywamy i dusimy, od czasu do czasu mieszając.
Po około 1,5 h, otrzymamy taki efekt.
Po 3 i pół 4 godzinach duszenia pod przykryciem odkrywamy naczynie i oto, co powinno ukazać się naszym oczom.
Lekko zwiększamy gaz i redukujemy ilość płynu w potrawie.
Na koniec doprawiamy solą i pieprzem jeśli to konieczne. Makaron gotujemy al dente i łączymy z sosem. Mięso możemy podać wraz z makaronem lub jako następne/inne danie z pieczywem, lekką sałątką. Pamiętajcie, że sos jest wyrazisty w smaku, nie jest konieczne, żeby makaron w nim pływał, ma nadać mu smak a nie być główną częścią tej potrawy. Jeszcze ostatni szlif- posypanie serem. Smacznego!

Komentarze

  1. Aniu wydaje mi się, że jest trochę nieścisłości w tym przepisie. wychodzi na to, że wynukiem duszenia mięsa przez 3-4 godzin jest to, że staje się ono twarde. Moja wyobraźnia podpowiada mi również, że taki czas duszenia wymaga trochę więcej płynu niż 100ml wina. Może brakuje składnika w postaci wody.... ?

    Pozdrawiam serdecznie
    Kasia

    OdpowiedzUsuń
  2. Cześć Kasiu, dzięki za uwagi. Ale czytam i czytam i nie widzę, gdzie napisałam, że mięso jest twarde po tylu godzinach duszenia. Piszę właśnie, że jeśli pokroimy na duże kawałki to ono i tak zmięknie przez tyle godzin więc żeby nie bac się dużych kawałków :) Co do użycia wody, ja jej nie dolewałam wcale. Mięso puściło soki, wina nie odparowywałam do końca, tylko tyle, by odparował alkohol. Cebula pod przykryciem puściła tyle wody, że na koniec konieczne było odkrycie garnka i odparowanie jej nadmiaru. Może to kwestia cebuli, nie wiem. Miałam w pogotowiu wodę, bo zdawało mi się, że będzie konieczna, ale nie była. W każdym razie polecam wypróbować, bo to danie, choć z mało romantyczną cebulą w roli głównej, to po prostu uwodzi. Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Administratorem danych jest Pichceniomania. Dane podane w formularzu kontaktowym i/lub wymagane do dodania komentarza zostaną wykorzystane wyłącznie w celu publikacji wpisanego zapytania/komentarza i udzielenia ewentualnej odpowiedzi.

Popularne posty z tego bloga

Jesienny zastrzyk pysznych witamin

Tak jak wiosną obżeram się nowalijkami, pachnącymi świeżutkimi rzodkiewkami czy sałatą, tak jesień niezmiennie kojarzy mi się z bombą witaminową w postaci soku z marchwi i jabłek. Oczywiście, takie soki można robić praktycznie cały rok, ale mnie one zwykle najbardziej porywają o tej porze. Marchew jeszcze na polu, cały czas soczysta i słodka. Jabłka zwłaszcza te tak zwane zimowe odmiany też w tej chwili królują... zatem do dzieła! Trzeba się wzmocnić w obliczu nadchodzącej słoty. Dodatkową atrakcją w moim domu rodzinnym jest używanie sokowirówki, która jest z nami od 1978 roku i działa tak samo niezawodnie!

Rybka w rozkosznie chrupiącej, ziołowej panierce

Ryba w panierce wcale nie musi ociekać tłuszczem, jak jawi się to niektórym orędownikom hiper zdrowego jedzenia. Ja sama na co dzień wybieram rybę pieczoną w całości, albo w potrawce, ale nie da się ukryć, że w panierce też lubię i z chęcią kuszę się na taką smażeninę od czasu do czasu. Panierka może być świetnym dodatkiem, wnieść w danie wiele smaku. W bardzo łatwy sposób możemy zmienić ją w niezwykle istotny element dania, by nie była wyłącznie zbędnymi, dodatkowymi kaloriami. Uważam, że ten przepis właśnie to udowadnia. Polecam!

Fiołkowa pychota

Codziennie podziwiam budzącą się do życia przyrodę. Wśród wschodzącej, soczyście zielonej trawy, pojawiło się mnóstwo fioletowych główek, radośnie prężących się do kwietniowego słonka! Kocham fiołki! Za ich kształt, wygląd, zapach, ale także za to, że te wszystkie walory można wykorzystać w kuchni, nie tylko do dekoracji dań. Moja przygoda z jadalnymi kwiatkami zaczęła się stosunkowo niedawno. Wcześniej raczej sceptycznie podchodziłam do przepisów wykorzystujących je. Postanowiłam jednak przekonać się, czy mój dystans warto dalej podtrzymywać. Już przy pierwszych próbach zmieniłam zdanie i wsiąkłam w takie dania i przetwory bardzo. Przyznaję, że większość receptur wymaga sporo zaangażowania, czasu i cierpliwości, ale koniec końców warto! Dzisiaj przepis na fiołkowy dżem.